Druga strona medalu. Dlaczego wciąż wracam na asfalt?
Ale żeby była jasność – ta robota to nie tylko samotność i zaciskanie zębów. Gdyby tak było, nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzymałby w kabinie dekady. Ta droga, choć potrafi sponiewierać, ma w sobie coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Daje momenty, których nie kupisz za żadne pieniądze w biurze od ósmej do szesnastej.
Kolorytu dodają ludzie. Parkingi i stacje benzynowe w całej Europie to jedna wielka, międzynarodowa wioska. Krótka rozmowa przy kawie z kierowcą z Hiszpanii, wymiana zdań na załadunku w Niemczech. Każdy z nas ciągnie za sobą inną historię, inne marzenia i tę samą tęsknotę. Te parę minut pogawędki potrafi kompletnie zmienić podły dzień. Przypomina ci, że choć jedziesz sam, nie jesteś w tym wszystkim odosobniony.
Jasne, autostrada uczy pokory. Nagłe załamanie pogody w górach, niespodziewany objazd, awaria w środku nocy, gdy do celu zostało kilkaset kilometrów. Wtedy nie ma czasu na panikę. Musisz myśleć szybko, reagować i zachować zimną krew. Każda taka sytuacja to twarda szkoła życia. Albo ty pękniesz, albo ogarniesz temat. Wybieram to drugie.
A potem nadchodzi nagroda. Taki moment, kiedy jedziesz o świcie, a nad pustym pasem autostrady wstaje krwistoczerwone słońce. Albo kiedy mijasz Alpy, a w dole mgła odsłania jeziora. Widzisz świat z wysokości fotela w kabinie – świat, który dla innych jest tylko pocztówką. Wtedy czujesz, że jesteś częścią czegoś większego. Patrzysz w lusterko, widzisz uśmiechniętego dzieciaka, który macha do ciebie z osobówki obok, i automatycznie naciskasz sygnał.
To jest właśnie ta sinusoida. Raz na dnie, raz na górze. Każda trasa to nowa, niezapisana karta. I choćby droga była nie wiedzieć jak kręta i ciężka, na jej końcu zawsze jest ten sam cel. Ten najważniejszy. Dom, w którym czekają otwarte ramiona.
Komentarze
Prześlij komentarz